0000-1412-zapasc_b_sml_120

Zapaść

Autor:  Joanna Lech
Gatunek: Poezja
Wydawca: Biblioteka Arterii
Data wydania: 2009
Data dodania:  10 maja 2010, 14:22:04
ISBN: 978-83-88552-62-5

Krótki opis:

Karol Maliszewski, Dziennik Gazeta Prawna: "O czym opowiadają wiersze w tomiku zdającym się być jednym z ciekawszych debiutów poetyckich mijającego roku? O małych dziewczynkach i ich traumatycznych przygodach, o uderzeniach światła w oczy, o tym, jak straszna jest cisza, która zapada, gdy nie mamy nic do powiedzenia, albo właśnie mamy za dużo, tylko brakuje nam słów. To jest poezja brakujących słów. Co może dziwić, gdyż na pierwszy rzut oka wydaje się, że słów jest za dużo. Najwięcej mówi się o rozkładzie złudzeń dotyczących wartości życia i smaku bycia dorosłym. Autorka Joanna Lech dorzuca w tytule zbiorku następne źle kojarzące się słowo. Tym słowem jest „zapaść”.

Fragment:

Zapaść Joanny Lech to unikalny tom. Nie stroniący od tematycznego ryzyka. Pozbawiony łatwego afirmowania świata, który nie przedstawia się najlepiej. Od samego początku, jako czytelnik, staję na krawędzi przepaści tych wierszy. Widzę tam widmowość rzeczy. Język tych wierszy ulega coraz to większemu rozpadowi,choć do końca zachowuje pozory zborności. Obcość i dystans to semantyczne dominanty, gdyż bohaterem Zapaści jest słowo-klucz: nic.

Maciej Melecki

Rozkład wspomnień, skrawki obrazów, cielesna obsesja wydrapywana słów, które mają oswoić rozkład, gnicie i śmierć, mają złożyć te odpryski doznań i obserwacji we względną całość. W pewnym sensie udało się. W poezji tej miary zawsze udaje się tylko w pewnym sensie.

Karol Maliszewski

Próba powietrza

Pierwszy haust zawsze jest ostry, jak igły, ale następne
przechodzą już gładko. Znowu przełykasz i znowu jest światło
w odcieniach, rozciągniętych przez całe osiedle. Gołębie wydziobują
dziury w chodniku, pewnie szukają tam resztek.

 

Ale wszystko już się wyśniło i wszystko jest teraz powietrzem.
Pora na wchłanianie, szukanie śladów z zeszłego roku, oswajanie się
z ciepłem. W chwili, w której nabierasz to w ręce, zawraca;

jak zwykle, muchy liżą cienie, a psy znowu gubią się w trawie,

 

ciągnąc za sobą smycze jak pętle.

 

Tak słodki październik. Liście w kolorach błota, deszczu, zaschniętej śliny.
Jakby od dzisiaj zaczynał się rozkład w odcinkach, podszewka śmierci.
Podobno w nocy wylała rzeka, wiatr zerwał szyny.

 

Podobno można zobaczyć tam ślady skamielin, wystarczy się przyjrzeć.
Tymczasem na poligonie rodzi się dziecko, ma palce splątane drutem.
W pustym szpitalu żarówka wydziela opary opium.

 

Po korytarzach chodzą umarli, zdziwieni, że jeszcze nie pora na obchód.
Tymczasem na polach zaczyna się powódź. Ty znowu rozsiewasz zarazę
w strzykawkach, tniesz się kapslem po piwie.

 

Pewnie od tego rdzewieje mi tętno, krew pachnie gliną? Umówmy się,
że jutro nie znajdziesz już tutaj niczego – zostanie piasek, muł, strzępki papieru.
Wyrwa, jakby ziemia otworzyła się parę dni wcześniej

 

i chciała wchłonąć – deszcz, burzę, to całe niebo –

 

przeżuć to, wypluć.

 

Brzeg jest skórą, która wyznacza granice. Dzieci wyrzeźbiły w niej korytarze,
kierunki pływu, krwiobieg. Patrzę na to od spodu, bo nie chcę być już pytaniem,
punktem odniesień.

 

Nie mam już miejsca na trwanie. Niebo jest coraz głębsze, nabiera odcieni.
Od paru dni śni mi się noc, ma powybijane okna. W brzuchu pęka szkielet ryby,
a ości zaszywają skórę pod spód.

 

Potem dławię się tym słowem, nie mogę się podnieść. Dawni znajomi
już tu nie przyjdą, nikt mnie nie znajdzie. Oni wciąż jeszcze noszą po mnie blizny,
oglądają zdjęcia. Ja ciągle pamiętam ten ich ciepły spokój,

 

burze w sierpniu, chleb. Smołę. Wszystko można przełknąć.

 

Odkąd niepewność zmieniła barwę i stan skupienia. Tak jest od wczoraj;
natrętne zimno, biel, szron skrzy się na drzewach. Muszę to odespać,
muszę coś z tym zrobić.

 

To staje się szybko, zapada się, drga, jak wepchnięte w rezonans.
Nawet ściany parują z nadmiaru, sen się skrapla w pościeli,
osiada na porach.

 

Swędzi bardziej niż dotyk, bardziej niż pióra tych ptaków,
ich połamane skrzydła, kości. Ślady odbite na śniegu –

 

spróbuj tam nie patrzeć, spróbuj się zachłysnąć.

 

Komentarze (3)

  • w wierszach bardzo dużo przestrzeni, jakby każdy wers, był droga, bez początku i końca. chodzę nimi, sama, pusto mi, robi się chłodno, na końcu wiersza, światełko w tunelu.pozdrawiam.

  • Wiersz łatwe w odbiorze, lubię je czytać, interesujące. Naprawdę masz talent!

  • Jak dla mnie, to jeden z lepszych tomów, jaki ostatnimi czasy wpadł mi w ręce. Odpowiada mi forma, obrazowanie, treść, bliskie mi kulturowo. Pozdrawiam.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się